|
Zakładki:
Ciekawe blogi
|
środa, 28 stycznia 2009
Likud, czyli Hamas po żydowsku
Wszyscy już chyba słyszeli, że Hamas to ugrupowanie namawiające do "starcia w proch Izraela"? Jak nie, to odsyłam do statutu tej organizacji. Niestety, sytuacja nadal nie jest czarno-biała. W Izraelu największe szanse na wyborcze zwycięstwo ma Likud. A statut tej partii to też ciekawy temat...
czwartek, 08 listopada 2007
Co to za kraj?
Dziś zagadka, prosto ze strony Bernharda, w tłumaczeniu na polski: Co to za kraj: Znajduje się w Azji, cechuje go duży religijny ekstremizm, napięcia międzyplemienne i wojownicza kultura. Jest takich sporo, więc przyda się podpowiedź: Jego granice zostały w dużej mierze ukształtowane przez Brytyjczyków. Afganistan? Nie bardzo. Druga podpowiedź: Prowadzi program nuklearny. Pakistan? Owszem, pasuje, ale... Trzecia podpowiedź: Jego nazwa zaczyna się na literę I. Indie? Ciekawe, ciekawe... Zastanawiając się, warto sięgnąć po lektuę listu, który Mohammed Alireza zaadresował do społeczeństwa Izraela. Wśród wielu serwisów, które go zacytowały, znajduje się Jerusalem Post.
A gdzie ten religijny ekstremizm i wojownicza natura, ktoś mógłby spytać. Otóż wystarczy spojrzeć na komentarze do listu.
niedziela, 04 listopada 2007
Demokracja wojskowa
Od niecałej doby w Pakistanie trwa stan wyjątkowy wprowadzony przez prezydenta Perveza Musharrafa. Zawieszona została konstytucja, odwołany rząd, a wojsko zajęło budynek Sądu Najwyższego i aresztowało jego sędziów. Wypada przypomnieć w tym miejscu, że Musharraf to stary wojskowy, który przejął władzę 8 lat temu w wyniku zamachu stanu. Od tego czasu niejednokrotnie przypomniał, że w dziedzinie demokracji orientuje się średnio albo po prostu za nią nie przepada. W 2001r, przed wyprawą do wrogich Indii osobiście mianował się prezydentem, a towarzyszące temu protesty próbował załagodzić przez referendum mające potwierdzić jego prawo do stanowiska. Większość obywateli zbojkotowała plebiscyt ale po pół roku, w wyborach parlamentarnych poparła przyjazne prezydentowi partie. Wynik wyborów nie zaspokoił jednak ambicji Musharrafa, gdyż opozycyjne partie blokowały większość wymaganą do zmiany konstytucji. Po roku udało się jednak znaleźć wsród przywódców opozycji czarną owcę, którą zwabił stołek. Prezydent zadeklarował się, że odda stanowisko szefa armii w zamian za poparcie poprawki do Konstytucji, która zalegalizuje jego dotychczasowe postępki. Poprawka przeszła, a Musharraf rozmyślił się co do kwestii opuszczenia wojska. Dyktatura Musharrafa ma jednakże i jasne strony. Ten sam człowiek niedługo po zamachach w Nowym Jorku publicznie potępił islamski ekstremizm i podjął realne próby jego ograniczania. Zakazał finansowania muzułmańskich uczelni ze źródeł zagranicznych i jednocześnie zmusił je do poszerzenia programu o praktyczne przedmioty, jak np. informatyka. Nawiązał też współpracę z zaprzyjaźnionymi USA przy zwalczaniu afgańskich talibów, co natychmiast przysporzyło mu śmiertelnych wrogów w kraju. Warto nadmienić, że przez długi czas udawało mu się unikać rozlewu krwi, co jest rzadką cechą dowódców armii. Umacniał swoją władzę nie karabinem, a sprytnym nadużywaniem prawa i lawirowaniem w skomplikowanych realiach pakistańskiej demokracji. Pomimo wielokrotnych zamachów na życie jego i najbliższych współpracowników, w których ginęło wielu cywili, Musharraf nie używał przemocy. Do lipca 2004, kiedy to po kilkukrotnych zamachach i otwarcie wrogich wypowiedziach talibów rozprawił się z nimi w Lal Masjid. Z jednej strony w kraju narastała fala przemocy, a w szczególności samobójcych zamachów. Powrotowi wygnanej niegdyś Benazir Bhutto (byłej premier, podejrzanej o udział w wielu aferach korupcyjnych, w tym dotyczącej zakupu polskich traktorów) towarzyszyły dwa zamachy kosztujące życie i zdrowie setek postronnych osób. Z drugiej strony - w październiku odbyły się wybory prezydenckie, które co prawda Musharraf wygrał, ale otwartą kwestią pozostało czy Sąd Najwyższy uzna jego prawo do kolejnej, trzeciej już kadencji. Ostateczne posiedzenie sądu miało odbyć się 5 listopada. Miało, bo dwa dni wcześniej Musharraf zarządził stan wyjątkowy. Oficjalną przyczyną jest szerzenie się ekstremizmu i bezprawia. Wstyd byłoby jednakże nie wysłać przy okazji Sądu Najwyższego na przymusowe wakacje, a przewodniczącego otoczyć opieką wojska. Zagadką pozostaje, co planuje Musharraf. Możliwe scenariusze obejmują w zasadzie dwa przypadki:
Musharraf znalazł się w ślepej uliczce. Nie ma już możliwości odwrócenia się od USA, bo byłoby to podłożeniem głowy talibom pod topór. Tymczasem z trudem trzymany w pozornej jedności Pakistan powoli chwieje się i coraz wyraźniej ujawnia wewnętrzne podziały. W najbliższych dniach dowiemy się, co wybrał przywódca najbardziej niestabilnego mocarstwa nuklearnego. W ostateczności, nie mając na sumieniu zbrodni ściganej międzynarodowym prawem, może salwować się ucieczką za granicę, porzucając kraj i jego atomowy arsenał na pastwę losu. Kluczowe pytanie to: czy da się jeszcze uniknąć wojny domowej?
środa, 24 października 2007
Izrael wstrząśnięty opowieściami żołnierzy o brutalności wobec Palestyńczyków
Dziś tłumaczenie. Pozostawiam bez komentarza. Izrael wstrząśnięty opowieściami żołnierzy o brutalności wobec PalestyńczykówZłe wyszkolenie, nuda i niewłaściwy nadzór uznane za przyczyny ataków na ludność cywilnąBadania przeprowadzone przez Nufar Yiszai-Karin, izraelską psycholog, nad przypadkami brutalnego zachowania wobec cywilów, wywołały kontrowersje i wiele pytań na temat działań armii w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu. Nufar, psycholog kliniczny z Hebrajskiego Uniwersytetu w Jeruzalem, przeprowadziła wywiady z 21 żołnierzami izraelskimi. Usłyszała opowieści o regularnych brutalnych atakach na cywilną ludność Palestyny. W ostatnio opublikowanym sprawozdaniu, wraz z profesorem Yoelem Elizurem, opisuje w szczegółach serię brutalnych incydentów, w tym ciężkie pobicie czteroletniego chłopca przez oficera armii. Raport, choć opiera się na doświadczeniu żołnierzy pełniących służbę w latach 90, wywołał gorącą debatę w Izraelu, gdzie w zeszłym miesiącu został opublikowany w skróconej formie przez dziennik Haaretz. Według Yiszai Karin "W pewnym okresie służby większość z żołnierzy odnajdywała zabawę w przemocy. Uciekali się do przemocy, bo dzięki niej zrywali z rutyną, bo polubili destrukcję i sianie chaosu. Bawiło ich okazywanie siły i jednocześnie poczucie zagrożenia." Przytaczając słowa jednego z żołnierzy: Inny żołnierz wyjaśnia: Żołnierze opisali kilkadziesiąt przypadków skrajnej przemocy. Jeden wspomniał incydent, gdy bez powodu zastrzelili na ulicy Palestyńczyka. W oddziałach izrealskich wykształcił się odruch używania przemocy, by zniechęcić Palestyńczyków do wszelkich zaczepek. Yiszai-Karin odkryła, że żołnierze zaznajamiają się z przemocą wobec Palestyńczyków już od pierwszych dni treningu. Pewnego razu eskortowali kilku aresztantów. Nakazali im siedzieć na podłodze autobusu. Zabrali ich wcześniej prosto z łóżek, w lekkich piżamach, mimo że temperatura spadła poniżej zera. Nowi rekruci deptali po siedzących i bili ich przez całą drogę. Potem otworzyli okna i polewali mężczyzn wodą. Publikacja w gazecie wywołała lawinę odpowiedzi. W listach zwracano uwagę na obecne i przeszłe doświadczenia armii i pytano o legalność akcji IDF. Zarówno badania, jak i reakcja na nie, pokazują radykalną zmianę, jaka zaszła w postrzeganiu obowiązkowej służby wojskowej przez Izraelczyków. Coraz częściej spotyka się ona ze sprzeciwem bądź unikami ze strony poborowych. Cała debata ostro kontrastuje z treścią szkoleń wojskowych, podczas których rekruci dowiadują się, że wstępują w szeregi "najbardziej etycznej z armii świata". W swojej doktrynie, dostępnej na stronie internetowej, izraelska armia podkreśla ludzką godność: "Żołnierze armii Izraela zobowiązani są bronić godności człowieka. Każda istota ludzka, niezależnie od pochodzenia, wyznania, narodowości, płci, statusu czy stanowiska, zasługuje na poszanowanie." Pomimo tego, izraelska armia, jak każda inna, ma trudności z poszanowaniem tych wartości poza szkolnym budynkiem. Pierwsza Intifada, która zaczęła się w 1987 roku, jeszcze przed falą samobójczych zamachów, znacznie odbiegała od terroru Drugiej Intifady, ograniczając się do masowych manifestacji i rzucania kamieniami. Yiszai-Karin w wywiadzie dla Haaretz opisuje jak pomysł na badania pojawił się, gdy sama pełniła służbę w Rafah, w Strefie Gazy. Przeprowadziła rozmowy z 18 szeregowcami i trzema oficerami, z którymi wspólnie służyła. Opowiedzieli jej, jak do przemocy zachęcają ich przełożeni. - Złapał chłopaka. Jestem degeneratem, jeśli kłamię. Złamał mu rękę tutaj, koło nadgarstka. Złamał mu też nogę, a potem zaczął kopać go po brzuchu. Trzy razy i poszedł sobie. Staliśmy z rozdziawionymi ustami i patrzyliśmy z przerażeniem... - Następnego dnia poszliśmy na kolejny patrol. Okazało się, że inni żołnierze zaczęli robić to samo. Według Nufar za przemoc odpowiadają braki w wyszkoleniu. Odkryła, że żołnierze nie wiedzą, czego tak naprawdę się od nich oczekuje i czują swobodę w wypracowywaniu własnych metod działania. Im dłużej jednostka pozostaje w terenie, tym większą przemocą się odznacza. Izraelscy żołnierze, jej zdaniem, nie wyróżniają się większą agresją niż przedstawiciele innych nacji i kultur. Jeśli zmusza się ich do działania w trudnych warunkach, jak Gaza czy Zachodni Brzeg, bez dostatecznego szkolenia i nadzoru, efektem jest przemoc. Rzecznik IDF podkreśliła, że odstępstwo od zasad panujących w armii jest powodem do wszczęcia dochodzenia przez żandarmerię lub sąd cywilny. Źródło: http://observer.guardian.co.uk/print/0,,331025465-119093,00.html, Guardian Unlimited
poniedziałek, 22 października 2007
Strzał w stopę jako element strategii?
10 października amerykańska Komisja d.s. zagranicznych przygotowała rezolucję uznającą Rzeź Ormian za ludobójstwo. Jak wiadomo, Turcy są na tym punkcie szczególnie przewrażliwieni. Za głoszenie tego typu poglądów można wylądować w tureckim więzieniu i pozostaje jedynie mieć nadzieję, że wygląda lepiej niż w Midnight Express. Rezolucja od razu odbiła się głośnym echem. Turcja odwołała swojego ambasadora w USA, a władze głośno ostrzegły przed nieokreślonymi konsekwencjami. Sam krok podjęty przez komisję jest godny pochwały w sensie moralnym, choć znaczenie ma niewielkie, gdyż nie jest jeszcze obowiązującym prawem, a większość stanów i tak wydała akty potępiające Rzeź. Fatalny jest natomiast moment, w którym tego dokonano. Po pierwsze, Turcja jako sojusznik i członek NATO zapewniała Stanom wsparcie na Bliskim Wschodzie. Stąd zaopatrywana była armia stacjonująca w Iraku. Przerwanie tego kanału oznacza ograniczenie dostaw dla i tak już słabo dających sobie radę oddziałów amerykańskich. Po drugie, mimo że sojusz i dotychczasowa współpraca zmuszały Amerykanów do przymykania oka na prześladowania Kurdów, Turcja również musiała wstrzymać się od szerzej zakrojonych działań przeciwko nim. Po ostatnim krwawym ataku partyzantki na turecki patrol wojskowy, nie ma już przeszkód by krwawo rozprawić się z bojówkami Partii Pracujących Kurdystanu. Czołgi już są w drodze, a jednocześnie irańscy Strażnicy Rewolucji od miesięcy prowadzą działania w tym rejonie. I mimo że wszystkie strony uznają PPK za organizację terrorystyczną, destabilizacja jedynego spokojnego rejonu w Iraku jest Amerykanom nie na rękę. Tym bardziej, że prawdopodobnie prowadzili potajemne rozmowy z PPK i finansowali ich wywrotową działalność za wschodnią granicą, w Iranie. Po trzecie, jeśli jednak Amerykanie odważą się zaatakować Iran, mogą zapomnieć o tureckiej pomocy. Ilość błędów popełnianych przez USA jest zastanawiająca. I choć Komisja jest niezależna od administracji Busha i ma prawo do odmiennego zdania, zagrażanie interesom kraju i bezpieczeństwu wojsk jest niezrozumiałe, nawet przy najlepszych intencjach. Jedynym logicznym wyjaśnieniem sytuacji (oprócz nieudolności) jest próba atomizacji Bliskiego Wschodu i rozbicia wszelkich przyjaznych relacji pomiędzy krajami i społecznościami. Byłoby to kontynuacją działań z Iraku, gdzie USA od dawna pomagają w polaryzacji pomiędzy szyitami a sunnitami. Czyżby we współpracy z południowo-zachodnią ścianą (Izrael, Jordania, Arabia Saudyjska) planowały osłabienie i późniejsze zdominowanie regionu?
wtorek, 09 października 2007
Busha prezenty dla Iranu czyli dlaczego wojny nie będzie
Gdy Bush wypowiadał te słowa, w Karbali trwały walki pomiędzy Armią Mahdiego, radykalną szyicką milicją, a wspieranymi przez USA rządowymi siłami bezpieczeństwa, które w wielkiej części wywodzą się ze stworzonej właśnie w Iranie organizacji Badr. Aby zrozumieć ten paradoks, cofnijmy się do roku 2003, kiedy to upadł rząd Saddama Husajna. Gdy amerykańskie siły opanowywały Bagdad, Badr po cichu zwiększał swoje wpływy na południu kraju. Po ucieczce Saddama, stworzony przez USA i koalicjantów tymczasowy rząd zatwierdził kandydatów organizacji Badr na kluczowe stanowiska w irackim wojsku i policji. W tym samym czasie pozycje zarządców w regionach południowych dostali przedstawciele Najwyższej Rady Rewolucji Islamskiej w Iraku, organizacji powołanej w 1982r. w Teheranie z inicjatywy Ajatollaha Chomeiniego. Po wyborach w 2005r. Najwyższa Rada stała się główną siłą szyickiej koalicji rządzącej Irakiem. W zamian za nieobsadzenie swoim człowiekiem stanowiska premiera, Rada otrzymała wiele tek ministrów, w tym resort spraw wewnętrznych. Stąd prosta droga, by panstwową policję nasycić członkami sprzymierzonej organizacji Badr. Mówiąc krótko, administracja Busha sama doprowadziła do sytuacji, którą teraz przedstawia jako fatalną konsekwencję ewentualnego wyjścia z Iraku. Pomyłka jest nieodwracalna, bo zatwierdzonych demokratycznymi wyborami Szyitów nie da się już zdjąć ze stanowisk. Z drugiej strony, szyicka koalicja jest ugrupowaniem najmniej wrogo nastawionym do Amerykanów. W wojnie z Armią Mahdiego, USA i Iran stoją po tej samej stronie. Władza otrzymana od USA rozszerza perską strefę wpływów w stopniu niespotykanym od 1639 roku, kiedy to imperium Osmańskie i Persja ustaliły rozdział terytoriów zmaieszkiwanych przez większość sunnicką i szyicką. Trzy i pół wieku później, w trakcie wyniszczającej ośmioletniej wojny z Irakiem, Iran próbował przekroczyć tę granicę, ale ogromne wsparcie administracji Reagana dla Saddama Husajna nie pozwoliło Persom opanować irackiego terytorium. Amerykańska inwazja w 2003 roku umożliwiła Iranowi więcej niż armia Chomeiniego. Wraz z sojusznikami w Iraku kontroluje tereny obejmujące drugie i trzecie pod względem wielkości złoża ropy na świecie, granicząc bezpośrednio z Arabią Saudyjską, gdzie znajdują się te największe. W ciągu ostatnich pięciu lat Bush sformułował dwa cele dotyczące Iranu: nie dopuścić by wszedł w posiadanie broni nuklearnej i zastąpić klerykalny rząd demokracją. Ostatnio wszystko wskazuje, że na liście priorytetów pojawia się trzecia pozycja: uzyskać współpracę z Iranem w kwestii odbudowy Iraku. Dotychczasowe osiągnięcia USA nie są zachwycające. Gdy Bush po raz pierwszy ogłosił, że Iran nie może mieć broni atomowej, Iran nie miał środków do produkcji materiałów rozszczepialnych. Od tego czasu zainstalował tysiące wirówek umożliwiających produkcję wzbogaconego uranu i opanował cały cykl przetwarzania paliwa nuklearnego. Sankcje wprowadzane za pośrednictwem ONZ nie skutkują, a Persowie nie obawiają się zbytnio inwazji amerykańskiej armii, która ma już dostatecznie zajęte ręce przedłużającymi się kampaniami w Iraku i Afganistanie. Ewentualny atak na instalacje nuklearne w Iranie przyniesie fatalny dla amerykańskich planów skutek. Wewnętrzne poparcie dla reżimu natychmist wzrośnie, a reżim wykorzysta tę okazję, by zdusić ewentualną opozycję. W jeszcze czarniejszym scenariuszu Iran wstrzyma sprzedaż swojej ropy na światowym rynku i zablokuje wyjście z Zatoki Perskiej przez cieśninę Ormuz. Skutki dla gospodarki, tak amerykańskiej, jak i światowej, mogą być katastrofalne. Co konflikt z Iranem będzie oznaczał dla sił USA w Iraku, nie trzeba chyba wyjaśniać. Terrorysta w ciężarówce wyładowanej materiałami wybuchowymi nie będzie musiał obawiać się złapania przez szyicką policję. Raczej zapyta o drogę do najbliższej bazy wojsk amerykańskich. Broń nuklearna jest zazwyczaj uważana za gwarancję bezpieczeństwa i straszak wobec potencjalnych agresorów. Iran widzi amerykańskie wojska po wszystkich stronach - w Iraku, Afganistanie, sprzymierzonym z USA Pakistanie oraz w zatoce Perskiej. Słysząc ciągłe groźby i będąc częścią "osi zła", może czuć się niepewnie. A jeszcze cztery lata temu była szansa, by się dogadać. Iran, pod prezydencją względnie liberalnego Khatamiego, za pośrednictwem szwajcarskiego ambasadora w Teheranie, wysłał do rządu USA propozycję porzucenia programu nuklearnego w zamian za gwarancję spokoju. Teheran oferował "pełną współpracę z inspektorami Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej i jawność działań gwarantującą, że Iran potajemnie nie będzie starał się o posiadanie broni masowego rażenia". Ponadto Iran zaproponował "pomoc we wprowadzaniu demokracji i świeckiego rządu w Iraku", pełną współpracę w zwalczaniu organizacji terrorystycznych, ze szczególnym uwzględnieniem sunnickiej Al-Kaidy oraz zaprzestanie finansowania Hamasu i innych palestyńskich grup oskarżanych o terroryzm. W zamian oczekiwali skreślenia z listy państw podejrzewanych o terroryzm, zniesienia sankcji, poparcia USA w staraniach o odskodowanie za wojnę z Irakiem, dostępu do cywilnej technologii atomowej oraz współpracy z terrorystami działającymi przeciw Iranowi. Bush, błyszcząc w chwale po zajęciu Bagdadu, propozycję odrzucił. Po czterech latach ameykańskich niepowodzeń w Iraku, Iran znajduje się w dużo lepszej sytuacji, tym bardziej że sam nie zasypiał gruszek w popiele. USA natomiast, będąc w nienajlepszej sytuacji, są o krok od poproszenia Teheranu o pomoc. Mocno antyamerykańska polityka Ahmadineżada stawia jednakże trudne do pokonania bariery. Przedstawiając program atomowy jako dumę narodową i priorytet, utrudnia swoim następcom (i klerykom, którzy faktycznie rządzą krajem) rezygnację z niego. Z drugiej jednak strony, utrzymując ciągle że program ma charakter pokojowy i nie występując z traktatu o nierozprzestrzenianiu broni atomowej, pozostawia furtkę by z broni nuklearnej zrezygnować nie tracąc twarzy. Opcji na legalny i pozbawiony podejrzeń program cywilny pojawiło się kilka, np. wzbogacanie uranu w Rosji lub na terytorium Iranu, ale pod kierownictwem firm europejskich. Pozostaje jeszcze kwestia dumy. Persowie pragną by świat, a zwłaszcza USA, traktował ich tak jak sami się widzą - jak ogromne, silne i odpowiedzialne państwo z 25-wieczną historią wielkiej cywilizacji. W żaden sposób nie licuje to z określeniem "państwa rozbójniczego" stosowanym przez USA. A w pamięci pozostaje ciągle rok 1953, kiedy to amerykanie, motywowani chęcią kontrolowania irańskich pól naftowych, sfinansowali zamach stanu i obalając demokratycznie wybrany rząd Mossadegha, posadzili na tronie szacha - nieudolnego władcę i zbrodniarza szybko znienawidzonego przez Persów. Ten akt, w wykonaniu kraju uzurpującego sobie prawo do bycia ostoją demokracji, nie tylko zraził Irańczyków do USA. Okazał się on też fatalny dla Amerykanów, bo ćwierć wieku później doprowadził do rewolucji i przejęcia władzy przez ajatollahów, którzy Iranem rządzą do dziś i otwarcie prezentują wrogą postawę wobec USA i ich najbliższego sojusznika, Izraela. Późniejsze wydarzenia, w tym zestrzelenie w 1988r. irańskiego samolotu pasażerskiego, tylko ten kryzys pogłębiały. Pomimo napiętej sytuacji i ostrych słów, być może teraz pojawia się szansa na porozumienie. Amerykanie zaczynają rozumieć, że nie mają sił by rządzić Bliskim Wschodem, a iracka kampania tylko zwiększyła znaczenie Iranu w regionie. Być może dojdą w końcu do wniosku, że pora zakopać topór wojenny i znaleźć w Persach partnerów do rozmów i współpracy.
sobota, 06 października 2007
Epidemia cholery w Iraku
Organizacje humanitarne od kilku tygodni alarmują: w Iraku rozwija się epidemia cholery . Do dziś zanotowano ponad 4000 przypadków zachorowań i 14 ofiar śmiertelnych. Cholera, to choroba wywoływana przez bakterie, które do organizmu dostają się zazwyczaj z nieodkażoną wodą pitną. Wywołuje gorączkę i ostrą biegunkę, która w najgorszym przypadku może doprowadzić do uszkodzenia nerek, a nawet śmierci z odwodnienia. Najlepszą metodą zapobiegania cholerze jest odkażanie wody pitnej chlorem. Niestety, dostawy tej substancji zostały przerwane po serii zamachów, w których użyto materiału wybuchowego w ciężarówce wyładowanej chlorem. Chmura tego gazu, rozpylonego podczas eksplozji, wywołuje duszności, dezorientację i poważne zatrucia u ludzi znajdujących się w pobliżu. Dlatego cieszy się popularnością wśród zamachowców. Na granicy z Jordanem w chwili obecnej stoi transport chloru o łącznej wielkości 100 000 ton. Ciężarówki nie są wpuszczane przez siły koalicji w głąb Iraku, z obawy że mogą zostać porwane. Nasuwają mi się dwa wnioski:
Uaktualnienie: Po przeczytaniu artykułu "Możecie zaopatrywać nas przez Akabę" pierwszy wniosek trochę się zmienia. Otóż siły koalicji są zdolne utrzymywać lądowy korytarz transportowy aby przewozić najważniejsze towary - własne zaopatrzenie. Jak na wojnie. Z "siłami stabilizacyjnymi" ma to niewiele wspólnego. Tymczasem krótsza, południowa droga do Kuwejtu staje się coraz bardziej niebezpieczna. Po pierwsze, ze względu na szyicką większość na południu i utrzymywane przez nich milicje. Po drugie, przez stopniowe wycofywanie się brytyjskich wojsk, które dotychczas próbowały z trudem utrzymać pozycje w tym regionie.
czwartek, 27 września 2007
Misjonarstwo Busha
Po gorących wydarzeniach towarzyszących wizycie Ahmadineżada w Nowym Jorku, Zgromadzenie Ogólne ONZ przyniosło kolejne rewelacje. Prezydent Bush ogłosił listę "krajów do wyzwolenia". Nie jest długa i obejmuje Koreę Północną, Iran, Syrię, Białoruś oraz Birmę (zapewne dopisaną naprędce po ostatnich wydarzeniach w tym kraju). Wszystko oczywiście poparte apelem:
Niby nic rewelacyjnego, wszak wszyscy znamy zapał Busha do eksportowania "demokracji", który kosztował już 650 000 ofiar cywilnych w Iraku. Warto jednak zwrócić uwagę na brak na liście Arabii Saudyjskiej. A co można powiedzieć o tym kraju?
Dlaczego więc kraj ten ominęła krytyka Busha? Otóż władająca Arabią rodzina Saudów, mająca na sumieniu podobne zbrodnie co uznany za wcielenie Szatana Saddam Husajn, z chęcią sprzedaje Ameryce (i również Europie) ropę i równie chętnie kupuje amerykańską broń. Na dodatek bardzo nie lubi Szyitów, czyli przede wszystkim jedynego szyickiego państwa - Iranu. Tym prostym sposobem można znaleźć się w zaszczytnym gronie państw uznawanych za demokratyczne i przestrzegające wspomnianej przez Busha deklaracji praw czlowieka.
środa, 26 września 2007
"Zły wylądował"
Coroczne Zgromadzenie Ogólne ONZ dało nam okazję obserwować wyjątkowe wydarzenie. Do Nowego Jorku przybył prezydent Iranu, Mahmud Ahmadineżad. Wystąpieniu, które odbyło się na Uniwersytecie Columbia, towarzyszyły demonstracje zarówno przeciwników islamskiego reżimu w Iranie, jak i przeciwników wojny z Iranem. - Panie prezydencie, przedstawia pan wszystkie cechy lichego i okrutnego dyktatora. - tymi ciepłymi słowami przedmowy powitał prezydenta rektor uczelni Lee Bollinger, przy okazji krytykując jego niedawne wypowiedzi na temat Holokaustu. - Irańska tradycja nakazuje - odparł Ahmadineżad - by zapraszając kogoś do poprowadzenia wykładu, nie tracić wiary w studentów i ich umiejętność dokonania samodzielnych osądów. Dlatego nie jest konieczne poprzedzanie wykładu serią oskarżeń, które mają słuzyć jako szczepionka (przed nieprawomyślną oceną wypowiedzi). Ahmadineżad niezrażony obelgą poprowadził długi wykład. Mówił o kwestii Holokaustu i stosunkach z Izraelem. Zapytał, dlaczego 5 milionów palestyńskich uchodźców ma cierpieć w imię zapewnienia Żydom rekompensaty za Zagładę. Długie dywagacje na temat kwestii żydowskiej to sprytny wybieg. Dzięki niemu w umysłach studentów mogła zostać zasiana wątpliwość: może Iran nie jest problemem dla świata, tylko dla Izraela i Żydów? Może USA i inne państwa nie powinny występować przeciw Iranowi tylko dlatego, że obawia się go Izrael?
Oczywiście nie obyło się też bez krytyki polityki USA na Bliskim Wschodzie. Po raz kolejny Ahmadineżad potwierdził, że Iran ma pełne prawo prowadzić program nuklearny i będzie z tego prawa korzystać, pomimo odmiennej opinii i sankcji ze strony ONZ.
Publiczność wybuchnęła śmiechem raz, kiedy pytany o kwestię praw mniejszości homoseksualnej, prezydent odpowiedział: - W Iranie nie ma homoseksualistów. Dwa dni później żydowska społeczność w Iranie opublikowała oświadczenie, w którym krytycznie wypowiada się o sposobie traktowania prezydenta poczas jego wizyty w USA:
W Iranie po rewolucji islamskiej nadal przebywa dość pokaźna liczba Żydów . Szacuje się ją na 30 - 40 tysięcy ludzi, z czego około 25 tysięcy mieszka w Teheranie. Wbrew wielu opiniom, cieszą się oni swobodą wyznawania własnej religii oraz równymi innym obywatelom prawami (oraz trochę większymi szansami na prześladowania, ze względu na napięte stosunki z USA i Izraelem). Podobnie jak mniejszość Zoroastrian, mają zagwarantowane jedno miejsce w irańskim parlamencie. W 2007 roku Amerykanie irańskiego pochodzenia oraz izraelici proponowali pomoc finansową, dzięki której perscy Żydzi mogliby wyemigrować do Izraela lub USA. Pomoc ta została odrzucona.
wtorek, 18 września 2007
Głosy przeciw wojnie z Iranem
Pomimo nieustannych gróźb pod adresem Iranu, da się usłyszeć głosy rozsądnych osób, które widzą bezsens rozwiązania siłowego. Mówi były dowódca sił amerykańskich na Bliskim Wschodzie, John Abizaid:
Mówi szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, Mohamed El Baradei:
Zastanawiające jest, że jedynieprzywódcy obecnych mocarstw nuklearnych grożą Iranowi wojną. Im mocarstwo mniejsze, tym głośniej. Trzy tygodnie temu prezydent Francji, Nicholas Sarkozy, po raz pierwszy wypowiedział się obszerniej na temat polityki zagrznicznej. Zaczął od wymachiwania szabelką. O strategii ONZ nakładającej coraz większe sankcje, ale oferującej nagrody za posłuszeństwo, powiedział:
Irańskie media rządowe skomnetowały to dosadnie:
|